Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Freeday Teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Freeday Teatr. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lutego 2012

Król umiera, czyli Stary umiera...

Od początku zbudujemy
Miasta nasze domy nasze
Sprzęty nasze lampy nasze
Żeby wiatr miał czym kołysać



Chciałem zobaczyć Annę Polony, na deskach oczywiście. W końcu terminy się zgrały i wieczorem wybrałem się do Starego na dramat Ionesco Król umiera, czyli ceremonie. Tekst poważny, nie dość, że o umieraniu, to jeszcze o relacji jaką proces umierania stwarza w tych, którzy jej wtórnie i bezpośrednio doświadczają. Mając ciągle przed oczami mojego ojca, jego śmierć, przewidywałem, że może to coś we mnie wywołać. Trochę się bałem, ale...
Zatem o czym to? Jest sobie królestwo (scenografia poniżej pasa), które absolutnie upada, a w zasadzie umiera, ministrowie giną gdzieś na rybach, politechnika zapada się w szczelinie ziemi, podobnie pałac, podwładni... pozostają tylko bohaterzy dramatu: król, królowe, Julia, lekarz i strażnik, reszta już nie żyje, albo wkrótce umrze. Po prostu teatr absurdu Ionesco. Kolejną ofiarą tego swoistego końca świata jest Król który, jak anonsują (dosłownie) lekarz i królowa, umrze pod koniec spektaklu, a więc za półtorej godziny. Zaczynają dziać się rzeczy, które mnie zarówno zachwycają, jak i obrzydzają.
Trochę o tych drugich, refleksja może odległa, ale związana. Jest pewien rodzaj bufonady, której nienawidzę (teraz będzie osobiście), polega m.in. na tym, że kiedy widzę w jakiejkolwiek TV aktorów czy reżyserów będących w wieku już dość przeżytym, zaczynają się się promować jako mędrcy, mający filozoficzne patenty na tłumaczenie rzeczywistości w absolutnie patetyczny i nieznoszący sprzeciwu sposób, dając też do zrozumienia widzom, jak bardzo lekceważą aktualną rzeczywistość, bo niby jej nie rozumieją, albo nie chcą zrozumieć i nie będą zaprzątać tym sobie głowy. Zapominają przy tym, że rzeczywistość to ludzie, którzy chcieliby ich poznać i odkryć, jednak dostępu do nich samych już nie ma, a co najśmieszniejsze zapominają często, że mieli kiedyś 20 lat i więcej (celuje w tym gość, który niedawno wziął sobie za piątą żonę tancerkę... ) i popełniali masę błędów. Nie cierpię w takiej starości, czy jak kto woli dojrzałości, braku pokory i ignorancji czy choćby minimalnego zainteresowania tym co się dzieje aktualnie, a jeśli ktoś nie ma na to ochoty, to niech znika.. Ale dałem sobie upust...
Do czego zmierzam? Taki rodzaj bufonady zobaczyłem w tym spektaklu. Otóż reżyser zastosował pewną analogię, że wraz ze śmiercią króla, umiera stary teatr (Stary Teatr), a raczej pewna idea teatru, która gdzieś tam sobie żyje (co dziwne, to reżyser nie jest jeszcze w wieku gotowości pójścia w stronę światła i jest za młody, żeby znać chociażby Swinarskiego). Uczynił to niestety bardzo łopatologicznie i mało elegancko. I to mnie wkurzyło. Tzn. nie tyle ta łopatologia, ale sam pomysł. Na miejscu Doroty Segdy, najjaśniejszej gwiazdy tego wieczoru, to bym czuł się obrażony, bo życzę jej z całego serca, aby grała, grała, grała... i Polony i Dymna i Trela niech grają, niech grają i niech grają, byle nie pieprzyli farmazonów, zresztą tego nie robią. Natomiast wkurza mnie, że reżyser wkręcił ich w taki manewr. Przecież ten teatr, jak każdy inny umiera i zmartwychwstaje, to się nazywa wymiana pokoleń. Coś się kończy, coś się zaczyna, taki zwykły banał. I jeśli najstarszy proces świata miał być osią przedstawienia, to było to niesmaczne, a dlatego, że było to prymitywne. Och, zróbmy sobie spektakl, jak to się kończy nasz stary teatr i popłaczmy sobie buuu nad rozlanym mlekiem. Och, taaak, kiedyś to był teatr, a to Wyzwolenie, o tak, to już dzisiaj nie te czasy, my tu odchodzimy w lamus. To się do cholery weźcie za robotę i zróbcie wreszcie produkcję, która poruszy ten kraj, bo Wałbrzych kompletnie was wyruga... na pole. Wiecie dlaczego mnie to też tak ruszyło? Bo jestem absolutnie zwolennikiem teorii programowania osobowości, czy jak wolą poeci zaklinania przyszłości. Jeśli im się to spełni, to jest po teatrze, umiera coś ważnego pięknego, ale w zamian nic nie było… nic! Poza tym całe moje zawodowe życie uczyłem ludzi radzić sobie ze stratą, mówiłem im i sobie: nie ma ludzi niezastąpionych, nie ma idei niezastąpionych. Nawet demokracja okazała się lekką klapą. Nie bójcie się odchodzić i nie bójcie się odejścia. Zmiany są konieczne dla rozwoju!
Ilustracją tejże wymiany pokoleń pewnie miały być, świetnie zresztą wykonane przez młodych partie tańca współczesnego. Choreografia kapitalna, uwięziona w gestach zatrzymania i wyrywania się ku nieznanemu, towarzyszył jej strach i uczucie ucieczki. Pięknie tańczona. Niestety, jak sobie myślę, włączanie profesjonalnych tancerzy w spektakl jest bardzo ryzykowne (podobnie zrobił Zoń w Operacji Opera), nie do końca rozumiem, po co to było, może faktycznie kontrast między młodością a pokoleniem na wymarciu?
Trochę mnie zaskoczył i chyba lekko zniesmaczył pokaz funeralnej mody, trupie czaszki, koronki, czarne tiule... mieliśmy sie zabawić czy co? Przy takim tekście? Pauza zbędna absolutnie, wyciąć to!
Czy to dobry spektakl?
Nie przepadam za Ionesco, bo mnie w literaturze denerwuje pokolenie lat 60-tych. Aczkolwiek ten akurat dramat jest bardzo głęboki, w końcu dotyczy sytuacji każdego człowieka. Dlatego nie rozumiem niektórych salw śmiechu widowni, mnie tam do śmiechu nie było. Byłem absolutnie wsłuchany w słowo, chciałem usłyszeć interpretację w wykonaniu tuz teatru polskiego. Chłonąłem każde rrr, kkk, ttt z usta Anny Polony, usłyszałem krzyczącą i śpiewającą Dymną, wspaniałego Trelę, trochę ironizującego, ale w końcu biernie i niebiernie poddającego się swojemu przeznaczeniu. Czułem się lekkim świrem empatyzując się z Segdą, również z jej cudowną nieporadnością dołączenia do tancerzy. Aktorstwo wzruszające, czasami minimalistyczne wręcz efemeryczne, momentalnie przeradzające się w wybuchowe, mocarne i przejmujące do granic. Reżysersko niezbyt to spójne, choć kilka scen było rewelacyjnych. No i słynny koniec. Polony w szlafroku, Trela w niechlujnej piżamie odchodzą. Przechodzą wśród publiczności, Polony cały czas zachęca Trelę do odejścia, to już nie Ionesco, a pewnie Wyspiański, pewnie Wyzwolenie. Otwierają drzwi do foyer, pada smuga jasnego, klującego światła. Z niego wyrasta płacz dziecka. Metafora wolności, powrotu? Śmierć i życie. Oboje znikają w świetle. Ludzie płaczą, ja także. Bo w Treli, w jego niebieskiej pidżamie zobaczyłem Tatę.
I tak umiera stary teatr w Starym Teatrze, ciekawe jak długo czekać będziemy, aż to płaczące dziecko urośnie, dojrzeje i pojawi się nowa idea Starego Teatru, wielka, narodowa, może to Klata, Strzępka, a może ktoś kogo jeszcze nie znamy?

Narodowy Stary Teatr
Król umiera, czyli ceremonie
Eugène Ionesco
reżyseria: Piotr Cieplak
obsada:
Julia -  Dorota Segda 

Król - Jarzy Trela
Królowa Maria - Anna Dymna
Królowa Małgorzata - Anna Polony
Lekarz - Jacek Romanowski
Strażnik - Zbigniew Kosowski

sobota, 17 grudnia 2011

A we Freeday Teatr - PN 10


Czatowanie, mejlowanie, komunikatory, te jawne i te ukryte, gry, awatary, wirtualne światy, masz całą gamę możliwości by stać się na jedną chwilę kimś zupełnie innym. Oderwać od swojej osobowości, stać się supermenem, seksualnym rekordzistą, wampem poniżającym mężczyzn głodnych ekstremalnych wrażeń albo seksowną osiemnastką w aktualnie wymaganych rozmiarach. To już jest hardcore, prawda? Zazwyczaj poprawiamy sobie parametry jakbyśmy byli u chirurga plastycznego, parę lat mniej lub więcej, troszeczkę odejmujemy kilogramów, dodajemy wzrostu, poprawiamy włosy, kolor oczu, faceci ewentualnie rozmiar sprzętu z M na XL. Potem zabieramy się intelekt, może jakieś studia, rzadko wykonywany zawód, może psycholog, reżyser teatralny, z Mińska Mazowieckiego robimy Warszawę, itd. itp. Niestety można się zapętlić, tworzenie kolejnych kłamstw jest o tyle niebezpieczne, że nie mając odzwierciedlania w rzeczywistości i w realnym doświadczeniu, przez swoją multiplikację stają się nie do odtworzenia. Jednak to co prawdziwe, staje się w końcu realne.

Na realność trzeba być gotowym, trzeba umieć ją przyjmować, akceptować, warunkiem jej przyjęcia jest dojrzałość (dzieci tak bardzo lubią bajki i baśnie, ponieważ rozwojowo nie są zdolne do realności, chociaż czasami gdy są zmuszane, konsekwencje widoczne są parę lat później). Czy Adam i Nick byli gotowi na zmierzenie się ze swoją realnością? Absolutnie nie. To przecież chłopcy; i chociaż jeden z nich dojrzewa na naszych oczach, staje się mężczyzną, to w rzeczywistości jego ego pozostaje infantylne przekraczając kolejne progi naiwności, do czego też prowadzi dramatyczny finał historii. 

PN 10 to spektakl o miłości, odkrywaniu swojej seksualności, nachalnym głodzie akceptacji i niestety o dojrzewaniu w świetle monitora komputera. Anonimowość i kłamstwo stają się zagrożeniem dla wszystkich uczestników tego dramatu. Choć jest ich pięcioro, naprawdę jest ich tylko dwóch. 
Oglądając ten spektakl myślę o młodzieży, która godzinami przesiadując w swoich wirtualnych światach traci wiele z realności. Nie dziwi zatem fakt, że potem nie są zdolni do podejmowania decyzji, brania odpowiedzialności za swoje postępowanie, być może niektórzy trafią do specjalistycznych gabinetów. Myślę także o rodzicach, którzy często nie mają najmniejszego pojęcia o tym, czym interesują się ich pociechy w świecie nierealnym. Myślę także o ograniczoności ludzkiej natury, tej ograniczoności „posiadania” relacji z kimś bliskim, o tym ogarniającym lęku przed samotnością i brakiem akceptacji.
Tadeusz Kantor na kilka miesięcy przed swoją śmiercią napisał: „Moja samotność – gdy tak siedzę przy stole i patrzę przez okno na ciemną ścianę Dominikanów – popycha mnie automatycznie do pisania.” A do czego popchnie Adama i Nicka? A do czego popycha Ciebie, drogi widzu?
-------------
Freeday Teatr
PN 10 (adaptacja dramatu Mroczna gra, albo historie dla chłopców Carlosa Murillo)
Reżyseria: Karol Nowakowski
Występują: Joanna Janik, Kamila Krupczyńska, Adam Możdżonek, Karol Nowakowski, Tomasz Adamski

piątek, 18 listopada 2011

"Stopy, uda..." w nowej odsłonie Freeday Teatr

Znowu weekendowy teatralny maraton, ale co ja za to mogę, skoro kocham teatr, a tu wreszcie mogę wyżywać.  Tym razem bardziej oficjalnie o spektaklu Karola, który jeszcze grany był na Wietora.
Ekipa aktorska Z. Nowogórska, A. Korfel, M. Żak, D. Rusek
Freeday Teatr zafundował odświeżony spektakl Stopy, uda i inne wstydliwe części ciała po kilkumiesięcznej przerwie. Kolejny społecznie zaangażowany temat, z którym pewnie (można powiedzieć bez fałszywego udawania) boryka się każdy człowiek - odchudzanie, nienaganna figura i wszelkie fiksacje związane z nienagannym wyglądem.  Ale czy tak naprawdę jest to spektakl o cielesności? Absolutnie nie... To dadaistyczne zmierzenie się ze współczesnym emballage, mającym na celu zwrócenie uwagi widza, na problemy o wiele istotniejsze niż kilogramy tłuszczu kryjące się pod skórą. Po części to także psychoanaliza tekstów internautów, wiecznie odchudzających się - przeważnie - kobiet. Każda z nich mniej lub bardziej świadomie dociera do swojej głębi, dając widzom wgląd w ich życiorys: relacje z rodzicami, "złe miłości", metody wychowawcze, lęki, małe kłamstewka, samotność. To kobiety uwięzione, uwięzione nie tyle w swoich ciałach, ale myśleniem o swoich ciałach, zafiksowane, podejmujące coraz bardziej ryzykowne działania, którym przyświeca jeden cel: płaski brzuch (i nie tylko).
W jakimś stopniu każdy odnajdzie tam siebie. I niech nie myślą mężczyźni, że to nie o nich! Wręcz przeciwnie, przyglądając się motywacji tej wiecznej gimnastyki, można znaleźć dwa źródła: pierwsza to zdobycie faceta, druga to utrzymanie go przy sobie. Żebraczki miłości, niekochane w dzieciństwie, niekochane w szkole, niekochane w pracy, nauczyły się jęczeć, żebrać o dobre słowo, o uczucie, walczyć ze sobą, żebrać by poczuć się bezpiecznie, by poczuć się akceptowaną. Czy mężczyźni są inni, nie... ewentualnie piją, dlatego wśród uzależnionych osób więcej jest mężczyzn aniżeli kobiet.
Fragment spektaklu, zdjęcia z próby w galerii
Chcemy czy nie chcemy, gdzieś w tle pojawiają się pytania o kondycję człowieka, którą można rozpisać między podstawowe pytania egzystencjalne: kim jestem, skąd pochodzę, dokąd zmierzam, co mnie warunkuje. By znaleźć odpowiedzi trzeba mieć odwagę, czy bohaterki forów internetowych ją mają? To trzeba samemu ocenić.
Co jeszcze czeka widza na "Stopach"? Fenomenalne zabiegi reżyserskie, widzowie są zaproszeni do grania, rodzi się wieź między miedzy postaciami a widzami, można pogwizdać, zaklaskać, zatańczyć, krzyknąć, jak to bywa w otwartym i offowym teatrze. Sekwencje z widzami dostarczają wielu wrażeń, ale to trzeba zobaczyć i sprawdzić na sobie osobiście... Cudownie, energetycznie grają:  Agnieszka Korfel, Zuzanna Nowogórska, Dominika Rusek, Magdalena Żak. Wspominałem już o młodych aktorach pisząc o Nadieżdzie 11/2. Dziewczyny i tym razem nie zawiodły, profesjonalne do bólu, grają przeszywająco, bez kompromisów, w jednym momencie są seksowne, uwodzące, by po chwili stać się monstrum ujadania i obżerania.
Jednym zdaniem: trzeba to zobaczyć, ponieważ Stopy, uda... to podróż w stronę samoakceptacji, dla wszystkich którzy się frustrują swoją osobistą historią - pozycja obowiązkowa, pomoże, bo mamy dobre ciało. 

poniedziałek, 24 października 2011

Serbskie granie w Freeday Teatr

         Cholera jak trudno mi usiąść do tego tekstu. Pisać o spektaklu w Freeday, o spektaklu osoby bliskiej, z którą się śmieje, żartuje i smuci, je i pije... ufff. Nabieram dystansu, noszę to pisanie w sobie już drugi dzień. Trzeba je w końcu wywalić na ekran. Sobota wieczór, Scena 21 przy Gazowej 21, dawny budynek Teatru Ewy Demarczyk, dziś (poza oczywiście słynnym Coconem) siedziba Stowarzyszenia Krakowski Kolektyw Twórczy (którego jestem malutkim uczestnikiem) a przy nim działające dwa teatry: Krakoteka oraz kochany całym sercem i duszą Freeday Teatr. Teatr, który rozpoczął moją fascynację i podróż po tutejszych scenach. Teatr, który jest off - w pełnym tego słowa znaczeniu; teatr, który choć zespół ma amatorski, jest doskonały jak Wierszalin. Młodzi, pełni tak ogromnej pasji ludzie, że można się zawstydzać.
         Serbskie współczesne teksty z reguły są podszyte wojną, jak każda wojna zresztą odciska tak potworne piętno na ludziach, które potem przez siedem pokoleń niesie się jak bagaż niepotrzebnych emocji i ich braku, jak manekiny dzieciństwa, garby piachu. Tamta wojna była taka sama jak każda inna: straszna, ludobójcza, wyniszczająca, był kat i ofiara, a w jednym momencie ofiara stawała się katem, a kat ofiarą. Powstaje przemoc dla nas nie do pomyślenia, przemoc nie tylko wyniesiona z wojną i przeniesiona do domu, ale też połączona z przemocą wynikającą z bałkańskiej idei patriarchatu: wielkości i ważność mężczyzny i nicości kobiety. Kiedy myślę "Serbia" to wspominam Izę Chojnacką, moją tczewską znajomą i jej autobiograficzną powieść "Miłość na gruzach Kosowa", która w zasadzie poświęcona jest przemocy; myślę też o Yossi Avnim, izraelskim pisarzu i jego "Ciotce Farhumie" z fascynującym opisem beznadziei Belgradu, myślę o Agnieszce, która odwiedziła Belgrad i Serbię w ubiegłym roku i po powrocie powiedziała: nigdy więcej! Stereotypy i schematy narodowościowe, niestety tak myślimy, większość z nas, czy tego chcemy czy nie, tak jesteśmy zbudowani, szufladkowo.
          Freeday zaproponował nam tekst na podstawie Dubravki Ugresić "Toys for boys", znowu faceci, znowu dla facetów, kobieta zabawką dla faceta, bicie zabawką dla chłopca, poniżanie, demagogia, przemoc narastająca, od zabawy po zabicie wroga, w końcu może mała bombka dla rodziców. A potem ci pokaleczeni ludzie próbują COŚ zrobić ze swoim życiem, wiadomo, że im nie wyjdzie,  to wiemy z innych historii. Siedziałem na tym spektaklu i zachwycony i przerażony, Nowakowski (jak ja mam o nim pisać?) zastosował Hitchcocka: na początku ostro, a potem ma być jeszcze ostrzej (czy jakoś tak). I tak było, niezwykle wyraziste twarze, cudnie, ostro zagrane, mimika wręcz pantomimiczna. Dynamika na scenie nie pozwalała na nudę, trzeba być czujnym, żeby nie oberwać od aktora (znowu miałem pierwszy rząd). Kapitalna, niezwykle przemawiająca sekwencja kamieni i wiader udających jedzenie, zaskakujące przeskakiwanie z roli do roli, (co jeszcze bardziej potęgowało aspekt psychologiczny), sugestywne tło dźwiękowe, człowiek-pies, to co lubię najbardziej: minimalizm scenografii, który pozwala skupić się na aktorach.
           No właśnie, aktorzy... patrząc na nich zastanawiam się jaka jest jakościowa różnica między aktorem amatorem a profesjonalistą, czy w ogóle w sztuce można stawiać takie granice? Przecież najwięksi malarze świata odrzucali akademizm, Olbrychski studia ukończył całkiem niedawno, tzn. że był amatorem? Nie wiem, ale takie podziały, stawianie wyraźnych granic mnie denerwuje, to nie jest wychowywanie dzieci, czy psychoterapia behawioralna. Młodzi, zdolni, ujmujący, dający z siebie absolutnie wszystko; został mi w pamięci zaskakujący Tomasz Adamski, no i Nadieżda (Magda Żak), powalająca, grała przeważnie na parterze, chyba najmocniejszy przekaźnik emocji, kiedy się ją ogląda i wczytuje w tą zmaltretowaną "serbską" twarz, przychodzą  mi głowy myśli o obozach, o ludobójstwie, przypomina się Kaspar Hauser, zamknięty 16 lat w celi. To nie jest zezwierzęcenie, zwierzęta tak się nie zachowują (jako miłośnik przyrody gwarantuje to), to ludzie nawzajem się krzywdzą, to ludzie gotują sobie taką masakrę, mniejsze lub większe, ale zwierzęta tego nie robią.  Okrucieństwo zwierząt może ewentualnie świadczyć o sposobie jedzenia i zabijania. Kotowate duszą momentalnie, ptaki drapieżne wbijają swoje szpony w ciało i po krzyku, psowate są najgorsze - nie potrafią zabijać, rozrywają ofiarę, żywą, nie obchodzi ich co się dzieje z jedzeniem. Czy Nadieżda jest psowatym? Czy tylko własnym wytworem, wyborem psowatości? Przecież nagle staje się człowiekiem, jest Nadzieja; niestety wyuczona bezradność prowokuje gwałt, nihil novi, mechanizmy stare jak świat. Pewnie gdyby napisać drugą część, stałaby się katem. Odwet, zemsta, albański Kanun, takie piękne słowa. A może już była katem? Może ta bomba...

PS Pisząc to słuchałem Bregovicia... taka słodka muzyka...

poniedziałek, 17 października 2011

GENIALNY "SZYC" w Teatrze Barakah

Spragniony teatru rzuciłem się w końcu wir sprawdzania i kontemplowania żywego słowa po wakacyjnej przerwie. Do Teatru Barakah zawitałem po raz drugi, uwielbiam to miejsce, uroczy klimat Klezmer Hois, a potem anioły i dybuki przenoszą w piwnice zupełnie innego świata. Wczoraj wchodząc do teatru i widząc układ sceny ogarnęło mnie przedziwne uczucie, że za chwilę stanie się coś niezwykłego. Już samo to, że siedziałem na scenie zrobiło swoje. "Szyc" Levina jest doskonałym, mocnym i dosadnym tekstem; to historia izraelskiej rodziny, rodziny fatalnej, ale jakże często spotykanej. To też historia każdego z osobna: ojca - patriarchy rodu, zagubionego, chorego starca, którego głównym zawołaniem i sensem życia jest kiełbasa, to historia o jego umieraniu i uśmiercaniu przez pozostałych członków rodziny,  to historia matki, zwykłej jidysze mame, podającej do stołu, często płaczącej, żyjącej marzeniami i mrzonkami o lepszym życiu, ale niezwykle przywiązanej do tradycji, oni oboje za wszelką cenę chcą wydać za mąż - ją - trzeci element gierki, córeczka, gruba i obżarta, napalona jak dzika kotka, niezdolna do żadnych uczuć, na koniec dochodzi on, piękny izraelski oficer, zięć despota, silny, ambitny i biedny jak chasyd spod Leżajska. To są ludzie puści, albo może napełnieni pustką, przez co stają się brutalni, bezwzględni i prymitywni. Każda rozmowa, handel, taniec, seks jest tylko środkiem do zdobycia celu, czyli uśmiercenia ojca, traktowane bardzo instrumentalnie. Porządek tego małego świata, nastaje dopiero po śmierci zięcia, który jak to w historii żydowskiej, wraca jako dybuk i zamieszkuje pod stołem, za pozwoleniem cudownie ozdrowiałego ojca - patriarchy. 
Spektakl ogląda się, a raczej uczestniczy, z poziomu aktorów; siedziałem w pierwszym rzędzie, grający ocierali się o moje nogi, popychani przewracali się na widzów, tańczyli kopiąc nas niechcący, całowali, dotykali, rozmawiali, pytali... handlowali. Ogląda się tego "Shitza" z zapartym tchem, nie ma czasu na nudę, aktorzy wciągają w błędne koło tej pustki i nie ma już wyjścia, jesteś utopiony. Zadajesz sobie to pytanie: czy ja też taki jestem? A pewnie, że jesteś, a kto przed chwilą handlował z Szycem, albo jego żonką? A kto dawał więcej i się licytował? No właśnie materialisto... Jest w psychologii taki nurt, który traktuje wojnę jako element biologiczny, jako selekcję naturalną naszego gatunku, by wyeliminować słabe i chore osobniki. Tak było i tu: wojna przywróciła odwieczny system rodzinny, ten który panował w niej od początku, aczkolwiek z tego układu ginie osobnik najsilniejszy.
Foto ślubne
Fot. TKK
Siłą tego spektaklu, który spowodował, że będę do Barakah wracał i wracał, są aktorzy - to oni przede wszystkim zapełniają przestrzeń sceniczną. Czwórka aktorów tworzy na scenie bardzo zgrany zespół, prezentując wysoki poziom aktorskich umiejętności. Z prawdziwą maestrią dialogują, monologują, śpiewają i tańczą. To za ich sprawą spektakl ogląda się z szybko bijącym sercem. To dla Lidii Bogaczówny warto iść przyjrzeć się kunsztowi aktorskiemu, emocji, które wywołują łzy na twarzy widza, to dla Moniki Kufel warto iść zobaczyć siłę młodości i perwersji, to dla Karola Śmiałka warto iść usłyszeć cudowny wokal i pokaz testosteronu, to dla Kajetana Wolniewicza warto iść by zobaczyć co można zrobić z ciałem, by być najbardziej wiarygodnym na świecie. Jacy oni są precyzyjni, jak oni tam śpiewają... Muzyka to kolejny mocny punkt, zrobiła ją Renata Przemyk, szkoda bardzo, że nie ma tego na płycie CD. To trzeba zobaczyć, nie będziecie żałować, przyjeżdżajcie do Krakowa na "Shitz'a". 



środa, 21 września 2011

Teatry

Jak każda kulturalna hidźra, od czasu do czasu wybieram się do teatru. Do tej pory moim ulubionym miejscem był Dramatyczny w Gdyni, ale też często bywało się w Wybrzeżu, no i chyba na większości spektakli w Muzycznym w Gdyni, który kocham miłością nastolatka i Amen. W Krakowie do momentu zamieszkania w nim, byłem na dwóch wydarzeniach: kabaretowej nocy w Piwnicy pod Baranami oraz na  premierze "Nieszporów Ludźmierskich" J. K. Pawluśkiewicza w św. Katarzynie, na której znalazłem się dzięki wsparciu monsieur Nowickiego, który podobnie jak mój chór, lekko się spóźniliśmy biegnąc z koncertu, gdzie dokonaliśmy prawykonania kilku pieśni J. Łuciuka. Pomimo wejściówek nie chciano nas wpuścić, ale ostra reprymenda aktora zdziałała cuda i w sumie, o ile pamiętam, niewiele straciliśmy.  Pierwszy raz w życiu chłopak z prowincji zobaczył takie natężenie gwiazd, robiło to wrażenie. Nie tyle gwiazdy, ale  klasa wykonania utworu.

Moim pierwszym teatrem tu i teraz, był oczywiście Karolowy Freeday Teatr, dosyć niezależna scena działająca do niedawna przy SCKM, to były "Mroczne gry" - czytanie tekstu na scenie, rzadko spotykana forma, faktycznie dość mroczny pokaz. Potem Freeday zaprosił mnie na premierę "IN" - to było przeżycie mistyczne, cudowna sztuka, zrobiona wspólnie z KTT (Krakowski Teatr Tańca), powalający tekst i scenariusz na podstawie powieści Olgi Tokarczuk "Anna In w grobowcach świata". Historia dziwna i intrygująca, jednocześnie mitologiczna i współczesna, gdzie te dwa światy ścierają się, gdzie czas: przeszłość i teraźniejszość wzajemnie się przenikają. Dużo tam lęku, dylematów moralnych, konfrontacji dzisiejszych poglądów i ludzkich postaw, a wszystko w oparciu o taniec osadzony w sumeryjskim micie. Obejrzałbym jeszcze raz.
Siedziba Teatr Barakah, Szeroka 6
Ostatnio zawitałem do Teatru Barakah; mieści się ta mała scena w dawnej mykwie na Szerokiej, czyli przepięknej restauracji Klezmer Hois. Do tego magicznego miejsca wchodzi się pięknym korytarzem, na którym widoczne są jeszcze hebrajskie napisy, potem schodami do piwnicy....i jest się w innym świecie.
Czy byliście kiedyś w garderobie aktorek, które plotkują przed, w trakcie, po próbach, kiedy słucha się opowieści "z tyłu sklepu". Ja nie byłem, ale trafiła się okazja, żeby zobaczyć i wejść do "Garderoby"  Prochazki, słowackiego reżysera, który chyba dośc często w Polsce jest grany i sam jakieś projekty realizuje.   No więc o czym to? O nas, aktorki śmieją się z samych siebie, z widzów, których wciągają do gry (dzięki temu miałem zaszczyt zagrać reżysera przez jakieś 10 sekund), ze wspomnianych bosów, dyrektorów, pracodawców wszelkiej maści, ale jak to zwykle bywa w teatrze, to śmiech przez łzy, tekst o nas, naszych ograniczeniach, potrzebach, walce o byle jaki stołek czy pochlebstwo. Do "Garderoby" wciągają nas dwie aktorki: Lidia Bogaczówna i Beata Wojciechowska, grają niezwykle lekko, beż żadnego zadęcia, aż chce się dołączyć do tych ploteczek i dialogów. Bardzo dobrze spędzony czas...