piątek, 4 maja 2012

Maju baju 2

Wnętrze katedry w Sandomierzu
                   Weekend majowy trwa. Rozpocząłem go w Sandomierzu, mieście królewskim i codziennej pracy ojca Kosmateusza. Pod jego domem dają wyjątkowe lody i naprawdę dobrą kawę, co prawda zamiast uroczej gosposi jakieś chłopaki się przypałętały, ale to mały szczegół. Kawę parzą pyszną. Upał bliski 30-stu stopniom pod koniec kwietnia to lekki obłęd, przyroda rozkwitła w ciągu dwóch dni, szał zieleni i owadów, nawet żaby zaczęły swe śpiewy, choć to trochę nie ta pora. Ptaki szturmują niebo, walczą nieustannie z intruzami w obronie gniazd i młodych. Dzięcioły szykują się do gniazdowania, remizy siedzą już na jajach, wilgi zlatują się na gody, pustułki przeganiają rywali, inne już mają młode głośno nawołujące swoich rodziców. Szał życia na niebie.
                     W pięknym Sandomierzu turystów wielu, faktycznie miasto urzeka, nie tylko zabytkami, ale też przyrodą, obecną dosłownie wszędzie. Takiej ilości ptaków w środku miasta to jeszcze nie widziałem. Do tego doskonałe warunki do obserwacji. To miasto zieleni, wody i ... kurzu, tzn. lessu, który dosłownie unosi się wszędzie, a widoczny jest szczególnie wieczorem na samochodzie, na ciele, na ciuchach, we włosach. Mimo to, tak cudownego miejsca, jak wąwozy lessowe nie popuściłbym absolutnie. W moim rodzinnym domu mieliśmy kiedyś taki album czaro-białych fotografii zatytułowany "Polska", gruba księga (mamo masz ją jeszcze?). To właśnie w niej będąc oseskiem widziałem pierwszy raz zdjęcie tych wąwozów, wtedy obiecałem sobie, że je zobaczę. Minęło powiedzmy 30 lat i zobaczyłem. Poza tym pochyły rynek ze swoim ratuszem, urocze kamieniczki, nad Wisłą nowoczesna przystań i basen rekreacyjny, spod którego można podziwiać bryłę zamku i niezwykle pięknej katedry. Jak w Kazimierzu Dolnym można włóczyć się uliczkami, choć klimat tu zdecydowanie bardziej miejski.

Skwer Starej Synagogi w Tarnowie,  ocalała
tylko bima, ale i tak wygląda okazale. 
Kolejny dzień to zwiedzanie terenu, w drodze do Krakowa, czyli spacer po Górach Pieprzowych (tak, tak, są takowe w Polsce), zamek w Baranowie Sandomierskim, zdecydowanie lepiej wyglądający na zdjęciach niż w rzeczywistości, jego menedżerowie zupełnie zapomnieli o jakimkolwiek marketingu, stoi to i nic więcej. Potem Tarnów, i tu niespodzianka. Miasto zadbane, smaczne, przyjazne, pełne historii, oferujące turystom wiele atrakcji, świetne galerie i muzea, ryneczek pełen kawiarni, restauracji. Będąc w Krakowie spokojnie można polecić wypad na dzień do Tarnowa, po drodze włócząc się po skalnym mieście koło Ciężkowic, albo oglądając zabytki kultury żydowskiej w Dąbrowie Tarnowskiej, oj ciekawa ta Małopolska.

Maju baju

Mój blog o Krakowie chyba powoli zamiera, to pewnie jakaś kolej rzeczy. Staję się bardziej mieszkańcem tego miasta aniżeli turystą, który na chwilę wpadł do tego miasta i obserwuje jego życie. Aczkolwiek pogląd ten nie usprawiedliwia mojego lenistwa w obserwacjach teatralnych, bo do teatru ciągle łażę i z miłością słucham, patrzę i chłonę. Dotarłem w końcu do Słowackiego. To ten wielki gmach, który widzą wszyscy przyjeżdżający do Krakowa, kiedy wychodzą z podziemia idąc od strony dworca czy Galerii Krakowskiej. Piękny gmach na skraju plant, historia teatru polskiego ze słynną kurtyną Siemiradzkiego.

Foto telefonem na scenę z balkonu

Wybrałem się tam na dość małą znaną sztukę Ibsena Peer Gynt (nie mającą nic wspólnego z osławioną muzyką Griega). Ibsena trzeba lubić, bo to trochę archaiczny facet, którego dramaty raczej były aktualne, a dzisiaj są zapomniane, bo też nie mają z czym dyskutować. I chociaż pióro Ibsena jest fantastyczne, to wizjonerem facet nie był i jego dramaty mogą wydawać się lekko mdławe. Dlatego też adaptacja tekstu, którym posługiwali się aktorzy, to wielki szacun dla scenarzystów. Jako że kupowałem bilet w ostatniej chwili dostałem, z czego najpierw się cieszyłem, bilet w loży na drugim piętrze. Teatr Słowackiego to taka wiedeńska opera, czy moskiewski Bolszoi, tylko mniejszy i bez złota. No i spodziewałem się fajnego miejsca. Nigdy więcej. Gówno widziałem, bo daleko do sceny, ludziki jakieś małe, nic z twarzy odczytać, jedynie mogłem intuicyjnie i twórczo dopasowywać tekst do tego co robią aktorzy, albo do tego co mogą robić, bo małe gesty były dla mnie niedostępne. Zły byłem jak cholera. Dlatego też nie mogłem nawet jakoś specjalnie ocenić tego spektaklu, choć zdecydowanie drugi akt był lepszy. Całość jakoś nie rzuciła mnie na kolana, wydawał mi się jeszcze niedorobiony, musi jeszcze trochę pożyć i popracować... Natomiast to co mnie najbardziej zainteresowało w tym teatrze, to kulisy, cudowna przestrzeń i widownia. Teatr jest przepiękny, człowiek przenosi się w czasie momentalnie do XIX wieku, choć na deskach obskurny XXI wiek (scenografia). Trochę to zgrzyta, ale... Paniusie krakowskie, niunie wypindrowane witające się ze sobą jak królowe angielskie i towarzyszące im posągi-dziwolągi płci męskiej rozbawiają mnie absolutnie. Manieryzm w najlepszym, barokowym wydaniu. Powłóczyste spojrzenia towarzyszące powłóczystym szalom i sukniom, natapirowane włosy i czerstwe smokingi od razu przypomniały mi wizytę w tut. kuratorium oświaty, kiedy napudrowane i wystylizowane glorie znające się doskonale na prawie oświatowym, ale nie na rekrutacji, pastwiły się kandydatami do pracy. Skąd to do chlery się w tym Krakowie wzięło, przecież my Słowianami jesteśmy, niezbyt chlubną rasą, złodziejską i perwersyjną, chłopsko-robotniczą. Boy pamiętam pisał jakąs swoją fraszkę, że w Krakowie to tylko inteligencja... albo jakoś tak.. znalazłem:
Tak więc: chytry jest Germanin,
Francuz - sprośny, Włoch - namiętny
A zaś każdy krakowianin
Goły i inteligentny.

Niech tam sobie inne nacje 
zadzierają nosa w górę -
Kraków też ma swoje racje
Swoją własną ma kulturę.

Goły to na pewno nie, bo miasto bogate i to bogactwo widać gołym okiem, a nie tyłkiem. No a to zadzieranie nosa, chyba się zgadza. Mnie to bawi absolutnie, ale znam też takich, których to przeraża. Dwa księżyce, po prostu.

piątek, 30 marca 2012

Po Jurze i Pustyni Błędowskiej

Widok na Pustynię od strony Chechła
Blogu mój kochany, co tkwisz od jakiegoś czasu w martwym punkcie, co cię zabijam swoją niemotą i brakiem uwagi obudź się!Nie ukrywam, że aktualne moje życie kręci się wokół usilnego poszukiwania mieszkania (większego), poszukiwania pracy, co jest niezwykle frustrujące, w środowisku, w którym nikt mnie zna oraz na próbach, próbach i próbach, a to dlatego, że zamiast spektaklu, nasz projekt "Pogranicza" we Freeday Teatr realizuje plenerowe przedstawienie wielkanocne, na temat obrzędów tegoż Święta, no i premiera 1 kwietnia, a jesteśmy, jak to określił szanowny reżyser... w ciemnej dupie. Praca w teatrze przysparza mi niesamowitych wrażeń, uczestniczenie w akcie twórczym, oprócz tego, że jest wyczerpujące fizycznie i psychicznie, daje mi niesamowite poczucie relaksu i wolności. W niedzielę mogą co prawda te uczucia, przerodzić się w jakąś bliżej nieokreśloną panikę, ale pewnie jakaś niewielka setka na rozgrzanie... i kto to mówi (pisze). Takim to sposobem moją pierwszą w życiu sceną będzie piękny Plac Wolnica.

Ruiny Rabsztyn
Marcowe weekendy jakoś sprzyjały słońcu, więc dwie wyprawy na Jurę poczynione zostały. Pierwszy raz zobaczyłem Pustynię Błędowską, która de facto pustynią nie jest, aczkolwiek piachu tam dość sporo, co wykorzystują maczo na swoich kładach, motórach i innych ciężarówkach trenując zapewne do wielu wyścigów terenowych, bo akurat czegoś podobnego byłem świadkiem. Myślałem ze zgrozą o wszystkich biednych zwierzątkach zamieszkujących ten dość rozległy teren, przeżywających nieustanny weekendowy stres, kiedy pojawiają się te żelazne motory. Miejsce wyjątkowe, niby stworzone przez człowieka, zarasta siłą silniejszej natury, ponownie zamieszkały tam dziki, sarny, widziałem tez bażanty, razem z drzewami wróciły robale, a piach staje się coraz mniej widoczny. Poza pustynią trafiłem też do Rabsztyna, fenomenalnych ruin zamku z Orlich Gniazd. Tym razem byłem odważny i do środka dostałem się włażąc po murach, idealnie przystosowanych do wspinaczek na paluszkach. A widoki.... warte wysiłku!


PS. Wygląda na to, że się przeprowadzę na Pychowice

poniedziałek, 5 marca 2012

Zakopane tak samo dupne

Cytuję: "w Zakopanem można zobaczyć kwintesencję, tego co jest najgorsze w Polakach", już ja: słomy z butów, lansujące się młode cipy, starych dziwkarzy, pozbawionych jakiegokolwiek gustu ziomali z nizin, typowych potomków Jakuba S., od czasu do czasu dostrzec można oto prawdziwych turystów, pasjonatów gór. Do tej litanii należy dołożyć to, co oferują górale: kicz, jeszcze większy kicz i bezmiar kiczu, tego góralskiego i tego cyrkowego, okropne pozbawione wyboru jedzenie, zazwyczaj tłuste, kapuściane, szczycące się unijnym certyfikatem, dania z oszukanych oscypków (nie ma takiej opcji, żeby zimą kupić owcze), oszukanej kapusty, oszukanego mięsa.
Ale za to Tatry - stoją nadal niewzruszone, choć w głębi duszy żal im minionych lat, kiedy były otoczone czcią, kiedy nikt nie ważył się iść do Kościeliska w szpilkach, albo japonkach. Może dlatego się buntują i zbierają coraz więcej ofiar swojej złości. Dookoła wiosna powoli się zakrada, przylatują ptaki, bazie i leszczyny kwitną w najlepsze, a tam zima, pełna zima, raptem sto kilometrów od domu i pełny śnieg. Droga z Morskiego Oka momentami oblodzona, samochód tańcuje jak chce, bo przecież letnie opony. W końcu zatrzymaliśmy się przy Wierch Porońcu i dalej pieszo szlakiem na Rusinową Polanę, w śniegu, w pełnym, ostrym słońcu, na polanę podziwiać piękno metafizyczne, piękno najpiękniejsze, które od samego Krakowa było widoczne jaskrawą kreską, bieluśkie, całe bieluśkie, magiczne, kamienne...

Po takich widokach wjazd do miasta jest jak uderzenie młotem, Krupówki - esencja nadmorskiego badziewia kipią od ludzi, nie wiadomo po co sunących góra-dół... pewnie na Głupiąłówkę, na owczego hamburgera, na herbatę z beznadziejną wódkę by zachwycać się potem prądem, jakby go w domu nie mieli. Kolorytu ostatnio dodają lekko zabarwieni na czerwono nawoływacze, koloru czerwone zupełnie nie od mrozu, a od nawoływania, niby konspiracyjnie, żeby nikt nie słyszał: śliwowica! Czyli jak się domyślam, handel tą diabelską wódką, której nawet nie chciał pić mój silny brat, kwitnie w najlepsze. Wieczór spędziliśmy w cudownym domu mojej ciotki, popijając herbatkę bez prądu, zajadając bigos i słodkości z najlepszej cukierni w mieście: Samantha... niektórzy doskonale ją pamiętają, więc jest i ma się dobrze.

środa, 29 lutego 2012

Tym razem muzycznie... i nie tylko

Całe to zamieszanie z poszukiwaniem mieszkania i pracą sprawiło zaniedbanie pisania. Osz ty. Oczywiście życie kulturalne kwitnie, wiosna zbliża się wielkimi krokami. Wczoraj sypał oszalały z rozpaczy śnieg, który kompletnie utrudnił mi jazdę samochodem na letnich oponach, do wymiany których byłem zmuszony po złapaniu kolejnego kapcia na coraz to nowych dziurach w asfalcie krakowskich ulic, a dzisiaj słoneczko, plus siedem, a może i więcej, cudne powietrze. Znowu można będzie łazić spokojnie, bez strachu o odmrożenie kończyn górnych, z aparatem po mieście i trzaskać spokojnie zdjęcia.



Odłożyłem opowieść o kolejnym spektaklu, na który wybrałem się jakiś czas temu. Wpadłem ponownie do Łaźni Nowej na Wejście smoka. Trailer z Błażejem i Janem Peszkami w rolach głównych. Kapitalny spektakl. Fakt, że trzeba trochę lubić walki wręcz, zachwycać się kontrolowaną agresją czy lubić japońskie, czy tam chińskie klimaty. Przypomnienie historii Bruce'a Lee i to w trochę krzywym zwierciadle mogło być ryzykowne, ale opłacało się bez dwóch zdań, to przepiękne, ekstrawaganckie i bardzo nowatorskie przedstawienie. Nie dziwię się, że wciąż ma tylu widzów.

Ale chciałem skupić się na innym performance. Wrócę do żydowskiego Krakowa.  Jest taki zespół, krakowski, co ma nazwę jak miasto, tylko w obco brzmiącym języku jidysz - Kroke. Zdawać by się mogło, że Kroke to klezmerski band. W rzeczy samej tak, ale że są to muzycy pełną gębą i dyplomami, swoje poszukiwania rozszerzyli na teren rytmów bałkańskich, jazzu, folku z różnych krain świata. Jest to muzyka niezwykle emocjonalna, pełna pasji, perfekcji, żydowski klimat oczywiście jest najbardziej charakterystyczny, na szczęście nie jest on dominujący. Zespół gra ciekawe solówki, improwizuje w sposób kontrolowany i doskonale rozumie się. Wykorzystuje oprócz podstawowego składu instrumentarium (bass, altówka, i akordeon) także flety, tupanie, gwizdanie, klaskanie, krzyki, pukanie, stukanie. Mnie jednak kompletnie powala na nogi praca głosem, który jest kolejnym instrumentem, a nie frontmanem. Instrumentem wykorzystywanym w przedziwny sposób, do tego Tomasz Kukurba śpiewa wręcz genialnie, ma dużą skalę głosu, a przy tym wydaje dźwięki niewiarygodne. Tak to wczorajszy wieczór spędziłem w towarzystwie zespołu Kroke, siedząc na krzesełku przy samiuśkiej scenie w legendarnej Piwnicy pod Baranami, jak wiadomo, Piwnicy pełnej czarów i dybuków. I Krakóffka pełną gębą. Słyszy się czasami, że tu ludzie jacyś inni, jacyś zamknięci, dopuszczający do siebie tylko swoich, dobrze urodzonych. Byłem świadkiem przedstawiania sobie dwóch facetów przez napompowaną kobitkę, scedzającą całą młodość w Piwnicy, włącznie z pięknymi i bajecznymi sylwestrami. Zatem hucząca około 50-60 wiosen wrzeszczy: oj chodźcie tu panowie, poznajcie się: pan doktor, pan redaktor. Poza tym, że wszyscy to słyszeli, bo działo się to w kolejce do szatni na niektórych zadziałało to histerycznie, tzn. na mnie, śmiałem się do rozpuku, głośno komentując wydarzenie, bo nikt tam z obecnych, nie dowiedział się jak panowie mają na imię, zresztą sami byli lekko skonfundowani tą niefortunną prezentacją. Pokazuje to jednak coś wręcz odrażającego, przynajmniej dla mnie: sztuczne pozycjonowanie społeczne, kastowość, im ładniej można człowieka tytułować, tym samopoczucie otoczenia lepsze...? Gówno prawda...

sobota, 18 lutego 2012

Dziwna Aleksandra...

To chyba najdziwniejsza rzecz jaką widziałem w Krakowie. Łaźnia Nowa funduje spektakle dosyć oryginalne, które głównie są koprodukcją, Aleksandra. Rzecz o Piłsudskim akurat robiona była w Wałbrzychu. W tym spektaklu wszystko było świetne... oprócz reżyserii i scenariusza. Przekombinowane to jak diabli, masę chwytów teatralnych, konwencji, pomysłów. Była i Trędowata i Miłość ci wszystko wybaczy, i męski balet, i klawesyn. Postmodernizm w pigułce.
Osobiści zaskoczyła i ujęła mnie scenografia: na środku sceny staw, pływają w nim nenufary, na brzegu stoi stylowa sofa, aktorki grają w pięknych sukniach z lat dwudziestych brodząc w wodzie, chlapiąc czasami widzów. Pod sufitem wisi, chyba zdechła, Kasztanka. Boskie. Moderna aż się patrzy.
Bohaterką tego dramatu jest druga żona Piłsudskiego, Aleksandra, działaczka rewolucyjna, społeczna i niepodległościowa. Także matka dwóch córek, po czasie zastąpiona kolejną kochanką Marszałka.
Trzy aktorki, trzy ego Aleksandry: matki, rewolucjonistki i zdradzonej żony grają cudownie, to jest największy atut tego spektaklu, jeżeli już na to iść, to tylko po to, żeby zobaczyć je grające w tej pięknej sadzawce. Panowie, którzy odgrywają chór na wzór antyczny, plotkując i poniżając Piłsudskich, też niczego sobie...
I to by było tyle. Przeczytałem gdzieś, że w tym tekście są smaczki komiczno-tragiczne..yyyy? Nie bardzo wiem o czym to było. Poważnie. Szukałem jakieś drugiego dna, myślałem sobie, że może za głupi jestem czy co? Ale potem zrozumiałem, że ta cała forma, scenografia, tricki i przeróżne konwencje zagłuszyły tekst, dlatego nie mogłem go ogarnąć i był dla mnie zwyczajnie nudny. Bo może on jest nudny. Nie czytałem żadnej książki Sylwii Chutnik, tyle że kojarzę ją z ruchami na rzecz kobiet. Może dlatego, że tak kobiecy, o kobietach, o ich roli w życiu rodziny i społeczeństwa. To trochę już wyświechtany temat, ile można klepać o kobiecie jako istocie wyjątkowej? Ja jednak odniosłem wrażenie, że ta cała Aleksandra wiecznie narzekała, nic jej nie grało, wieczny smutek i wieczne niezadowolenie. Jak gdyby nie mogła ogarnąć tego, że żyje w cieniu Wodza, że ma trochę inne zadania, że swoją potrzebę czynu musi zawiesić, choć w rzeczywistości nieteatralnej faktycznie się realizowała organizując zakład dla sierot. Może jej to nie wystarczyło, kobiecie, która nosiła pod sukienką granaty i dynamit.
Wydaje mi się, że jeżeli już przywołuje się jakąś postać historyczną na deski teatru i tworzy się opowieść, jakąś historię, rzeczywistość, która ma odnosić się współczesności, dyskutować z nią, to trzeba to zrobić tak, żeby to było zapierające dech, żeby historia, która ze swojej natury jest nudna jak flaki z olejem, ożyła jak jakimś feniksowym blaskiem, żeby była zrozumiała, a człowiek miał chęć zgłębiać ją w domu dalej, dopytywać, szukać... a tu nic.
Podsumowując:
- aktorsko fenomenalnie!, panie są kapitalne,
- dramat: dramat,
- reżyseria: spektakl nierówny (początek nudny okropnie), momentami przeideologizowany, gubi się wartość słowa pośród formalnych fajerwerków,
- scenografia: fantastyczna, wręcz dla mnie odkrywcza,
Czy warto iść? Oczywiście, moje spojrzenie to tylko moje spojrzenie. I tak kocham teatr i tak będę tam chodził. I nie tylko tam, o!

Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu
Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Sylwia Chutnik
Aleksandra. Rzecz o Piłsudskim
reżyseria i współpraca scenograficzna: Marcin Liber
scenografia i kostiumy: Grupa Mixer
obsada:
Aleksandra Piłsudska:
Aleksandra Rewolucja – Rozalia Mierzicka
Aleksandra Zdradzona – Mirosława Żak
Aleksandra Matka – Angelika Cegielska
jak? – Rafał Kosowski
i. – Ryszard Węgrzyn
a! – Piotr Tokarz
co? – Filip Perkowski

środa, 15 lutego 2012

Pytania na Kazimierzu...

Karteczki z prośbami na grobie Remuh
Co mnie bardzo cieszy, to wizyty przyjaciół i ziomali z mojego brzydkiego i uroczego miasta Tczewa. W miniony weekend odwiedzili mnie państwo F. Ależ przemiło było powłóczyć się po najurokliwszych miejscach Krakowa, poczuć znowu żydowskie klimaty, przejść Traktem Królewskim, pojeść, popić a nade wszystko pobyć ze sobą i gadać, gadać, gadać.

Uświadomiłem sobie, że na blogu nie poświęciłem jeszcze ani jednego posta społeczności czy historii żydowskiego Krakowa. Katastrofa.
Większość osób, które odwiedzają Kraków obowiązkowo pojawiają się w tym wyjątkowym miejscu, czasami nawet nie mając świadomości, że było to osobne miasto, ze swoimi władzami, ratuszem, który do dzisiaj stoi, na chyba nie do końca wykorzystanym Placu Wolnica. Czy w Warszawie jest ulica Warszawska, albo w Tczewie Tczewska, zapewne nie, natomiast w Krakowie jest Krakowska, biegnąca z miasta Kazimierz do Krakowa, przecinając po drodze Wisłę, oddzielającą dawniej oba miasta, dzisiaj to ulica Starowiślna. Kazimierz jak każde miasto ma swoją historię, od początku do końca. To miasto miało praktycznie dwa końce, pierwszy to wtedy kiedy przestało być miastem, a drugie, kiedy jego prawi i dawni mieszkańcy przestali istnieć. W znaczeniu dosłownym. Getta Niemcy nie wybudowali w tym miejscu, Żydów przemieszczono na Podgórze, albo od razu do obozu w Płaszowie, który powstał dla społeczności żydowskiej w 1942, podobnie jak dwa późniejsze w Prokocimiu i Bieżanowie.
Ratusz kazimierski na Placu Wolnica
Kazimierz właściwie odradza się stale. Dzisiaj to miejsce wszelkich klubów, restauracji, kawiarni, a także miejsc sztuki, kultury, kilku teatrów. Praktycznie każdego miesiąca można spotkać grupy żydowskich wycieczek poszukujących śladów przodków, szczególnie w czasie kiedy pilegrzymują do grobu Remuh czyli Rabina Mosze ben Israel Isserles, wybitnego filozofa, nauczyciela, Niemcy nie zniszczyli jego nagrobka, bo bali się klątwy. Kiedy widzi się ich kipy (jarmułki), białe koszule, czasami dostrzega się rabina, to gęba się śmieje, że coś wraca, nie wiadomo co, bo pewnie tamten świat już nie wróci, ale to piękne, że izraelskie wycieczki mogą tu swobodnie przyjeżdżać. To byłoby na tyle tytułem wstępu do opowieści Kazimierskich.... A może jeszcze słówko. Czy są w Krakowie Żydzi? Nie wiem, czy jeszcze są, czy już są. Wyznaniowa Gmina Żydowska istnieje i ma okołu 100 członków. Jednym z liderów tej gminy jest "ostatni" klezmer Krakowa Leopold Kozłowski. Gmina skupia się wokół synagogi Remuh, która wykorzystywana jest do celów liturgicznych, Ponadto gmina ma też swoją mykwę i dba o koszerne jedzenie (na pewno tak jest w hotelu Eden). Natomiast wokół Muzeum Galicja skupiona jest gmina Beit Kraków, której przewodzi rabin kobieta. To postępowa wspólnota funkcjonująca od niedawna, ale licząca już około 50 osób. W każdy piątek można tam przyjść na nabożeństwo powitania Szabatu. Jest to niezwykła okazja do przyjrzenia się z bliska liturgii, mentalności, a także do dyskusji, opowieści. Goja do synagogi nikt nie wpuści, a tu wstęp serdeczny...

A pytania? Kazimierz sprzyja refleksjom, w końcu w centrum miasteczka jest kilka synagog, dwa cmentarze, groby dookoła i śmiech kawiarnianych bywalców. Pytania o przeszłość, o przyszłość... jest ich trochę :-)