...czyli blog o Krakowie, widzianym oczami Kaszuba. Blog powstały z potrzeby opisania, autorefleksji, godzenia się ze zmianami, ciekawości nowego. To wszystko dało mi kopa do pisania kartek z kalendarza, jak powiedział poeta: "...czas przejść nad ziemią do porządku wszechświata."
wtorek, 18 września 2012
Chyba koniec
no tak, nie pisało sie od czerwca, bo przecież we wstępie zakładałem, że rok w Krakowie, a może dłużej. Oczywiście jest dłużej, jestem już oficjalnym Krakusem, z meldunkiem, z pracą i poszukiwaniem nowej, która w końcu będzie odpowiadać jakimś moim standardom. Blog się skończył, skończył się również rok luzu, odkrywania miasta, jego zakamarków, emocji, ducha, oferty, piękna i brzydoty. Rok zanurzenia w sztuce, teatrze, pasji. Wraca normalność. Rok, w którym bardzo wiele się wydarzyło, wiele dobrego, też tragicznego. Rok mimo to dla mnie najcudowniejszy w życiu. Wszystkim, którzy do mnie zaglądali dziękuje za towarzyszenie w lekturze. Miło było was tu gościć... może kiedyś znowu się poderwę do pisania. Tymczasem zapraszam na http://palcemposercu.blogspot.com/ Na pewno będę też tutaj http://endoskopiaduszy.blogspot.com/ niech no się to wszystko ułoży...
piątek, 4 maja 2012
Maju baju 2
![]() |
| Wnętrze katedry w Sandomierzu |
W pięknym Sandomierzu turystów wielu, faktycznie miasto urzeka, nie tylko zabytkami, ale też przyrodą, obecną dosłownie wszędzie. Takiej ilości ptaków w środku miasta to jeszcze nie widziałem. Do tego doskonałe warunki do obserwacji. To miasto zieleni, wody i ... kurzu, tzn. lessu, który dosłownie unosi się wszędzie, a widoczny jest szczególnie wieczorem na samochodzie, na ciele, na ciuchach, we włosach. Mimo to, tak cudownego miejsca, jak wąwozy lessowe nie popuściłbym absolutnie. W moim rodzinnym domu mieliśmy kiedyś taki album czaro-białych fotografii zatytułowany "Polska", gruba księga (mamo masz ją jeszcze?). To właśnie w niej będąc oseskiem widziałem pierwszy raz zdjęcie tych wąwozów, wtedy obiecałem sobie, że je zobaczę. Minęło powiedzmy 30 lat i zobaczyłem. Poza tym pochyły rynek ze swoim ratuszem, urocze kamieniczki, nad Wisłą nowoczesna przystań i basen rekreacyjny, spod którego można podziwiać bryłę zamku i niezwykle pięknej katedry. Jak w Kazimierzu Dolnym można włóczyć się uliczkami, choć klimat tu zdecydowanie bardziej miejski.
![]() |
| Skwer Starej Synagogi w Tarnowie, ocalała tylko bima, ale i tak wygląda okazale. |
Maju baju
Mój blog o Krakowie chyba powoli zamiera, to pewnie jakaś kolej rzeczy. Staję się bardziej mieszkańcem tego miasta aniżeli turystą, który na chwilę wpadł do tego miasta i obserwuje jego życie. Aczkolwiek pogląd ten nie usprawiedliwia mojego lenistwa w obserwacjach teatralnych, bo do teatru ciągle łażę i z miłością słucham, patrzę i chłonę. Dotarłem w końcu do Słowackiego. To ten wielki gmach, który widzą wszyscy przyjeżdżający do Krakowa, kiedy wychodzą z podziemia idąc od strony dworca czy Galerii Krakowskiej. Piękny gmach na skraju plant, historia teatru polskiego ze słynną kurtyną Siemiradzkiego.
Wybrałem się tam na dość małą znaną sztukę Ibsena Peer Gynt (nie mającą nic wspólnego z osławioną muzyką Griega). Ibsena trzeba lubić, bo to trochę archaiczny facet, którego dramaty raczej były aktualne, a dzisiaj są zapomniane, bo też nie mają z czym dyskutować. I chociaż pióro Ibsena jest fantastyczne, to wizjonerem facet nie był i jego dramaty mogą wydawać się lekko mdławe. Dlatego też adaptacja tekstu, którym posługiwali się aktorzy, to wielki szacun dla scenarzystów. Jako że kupowałem bilet w ostatniej chwili dostałem, z czego najpierw się cieszyłem, bilet w loży na drugim piętrze. Teatr Słowackiego to taka wiedeńska opera, czy moskiewski Bolszoi, tylko mniejszy i bez złota. No i spodziewałem się fajnego miejsca. Nigdy więcej. Gówno widziałem, bo daleko do sceny, ludziki jakieś małe, nic z twarzy odczytać, jedynie mogłem intuicyjnie i twórczo dopasowywać tekst do tego co robią aktorzy, albo do tego co mogą robić, bo małe gesty były dla mnie niedostępne. Zły byłem jak cholera. Dlatego też nie mogłem nawet jakoś specjalnie ocenić tego spektaklu, choć zdecydowanie drugi akt był lepszy. Całość jakoś nie rzuciła mnie na kolana, wydawał mi się jeszcze niedorobiony, musi jeszcze trochę pożyć i popracować... Natomiast to co mnie najbardziej zainteresowało w tym teatrze, to kulisy, cudowna przestrzeń i widownia. Teatr jest przepiękny, człowiek przenosi się w czasie momentalnie do XIX wieku, choć na deskach obskurny XXI wiek (scenografia). Trochę to zgrzyta, ale... Paniusie krakowskie, niunie wypindrowane witające się ze sobą jak królowe angielskie i towarzyszące im posągi-dziwolągi płci męskiej rozbawiają mnie absolutnie. Manieryzm w najlepszym, barokowym wydaniu. Powłóczyste spojrzenia towarzyszące powłóczystym szalom i sukniom, natapirowane włosy i czerstwe smokingi od razu przypomniały mi wizytę w tut. kuratorium oświaty, kiedy napudrowane i wystylizowane glorie znające się doskonale na prawie oświatowym, ale nie na rekrutacji, pastwiły się kandydatami do pracy. Skąd to do chlery się w tym Krakowie wzięło, przecież my Słowianami jesteśmy, niezbyt chlubną rasą, złodziejską i perwersyjną, chłopsko-robotniczą. Boy pamiętam pisał jakąs swoją fraszkę, że w Krakowie to tylko inteligencja... albo jakoś tak.. znalazłem:
Tak więc: chytry jest Germanin,
Francuz - sprośny, Włoch - namiętny
A zaś każdy krakowianin
Goły i inteligentny.
Niech tam sobie inne nacje
zadzierają nosa w górę -
Kraków też ma swoje racje
Swoją własną ma kulturę.
Goły to na pewno nie, bo miasto bogate i to bogactwo widać gołym okiem, a nie tyłkiem. No a to zadzieranie nosa, chyba się zgadza. Mnie to bawi absolutnie, ale znam też takich, których to przeraża. Dwa księżyce, po prostu.
| Foto telefonem na scenę z balkonu |
Wybrałem się tam na dość małą znaną sztukę Ibsena Peer Gynt (nie mającą nic wspólnego z osławioną muzyką Griega). Ibsena trzeba lubić, bo to trochę archaiczny facet, którego dramaty raczej były aktualne, a dzisiaj są zapomniane, bo też nie mają z czym dyskutować. I chociaż pióro Ibsena jest fantastyczne, to wizjonerem facet nie był i jego dramaty mogą wydawać się lekko mdławe. Dlatego też adaptacja tekstu, którym posługiwali się aktorzy, to wielki szacun dla scenarzystów. Jako że kupowałem bilet w ostatniej chwili dostałem, z czego najpierw się cieszyłem, bilet w loży na drugim piętrze. Teatr Słowackiego to taka wiedeńska opera, czy moskiewski Bolszoi, tylko mniejszy i bez złota. No i spodziewałem się fajnego miejsca. Nigdy więcej. Gówno widziałem, bo daleko do sceny, ludziki jakieś małe, nic z twarzy odczytać, jedynie mogłem intuicyjnie i twórczo dopasowywać tekst do tego co robią aktorzy, albo do tego co mogą robić, bo małe gesty były dla mnie niedostępne. Zły byłem jak cholera. Dlatego też nie mogłem nawet jakoś specjalnie ocenić tego spektaklu, choć zdecydowanie drugi akt był lepszy. Całość jakoś nie rzuciła mnie na kolana, wydawał mi się jeszcze niedorobiony, musi jeszcze trochę pożyć i popracować... Natomiast to co mnie najbardziej zainteresowało w tym teatrze, to kulisy, cudowna przestrzeń i widownia. Teatr jest przepiękny, człowiek przenosi się w czasie momentalnie do XIX wieku, choć na deskach obskurny XXI wiek (scenografia). Trochę to zgrzyta, ale... Paniusie krakowskie, niunie wypindrowane witające się ze sobą jak królowe angielskie i towarzyszące im posągi-dziwolągi płci męskiej rozbawiają mnie absolutnie. Manieryzm w najlepszym, barokowym wydaniu. Powłóczyste spojrzenia towarzyszące powłóczystym szalom i sukniom, natapirowane włosy i czerstwe smokingi od razu przypomniały mi wizytę w tut. kuratorium oświaty, kiedy napudrowane i wystylizowane glorie znające się doskonale na prawie oświatowym, ale nie na rekrutacji, pastwiły się kandydatami do pracy. Skąd to do chlery się w tym Krakowie wzięło, przecież my Słowianami jesteśmy, niezbyt chlubną rasą, złodziejską i perwersyjną, chłopsko-robotniczą. Boy pamiętam pisał jakąs swoją fraszkę, że w Krakowie to tylko inteligencja... albo jakoś tak.. znalazłem:
Tak więc: chytry jest Germanin,
Francuz - sprośny, Włoch - namiętny
A zaś każdy krakowianin
Goły i inteligentny.
Niech tam sobie inne nacje
zadzierają nosa w górę -
Kraków też ma swoje racje
Swoją własną ma kulturę.
Goły to na pewno nie, bo miasto bogate i to bogactwo widać gołym okiem, a nie tyłkiem. No a to zadzieranie nosa, chyba się zgadza. Mnie to bawi absolutnie, ale znam też takich, których to przeraża. Dwa księżyce, po prostu.
piątek, 30 marca 2012
Po Jurze i Pustyni Błędowskiej
![]() |
| Widok na Pustynię od strony Chechła |
![]() |
| Ruiny Rabsztyn |
PS. Wygląda na to, że się przeprowadzę na Pychowice
poniedziałek, 5 marca 2012
Zakopane tak samo dupne
Cytuję: "w Zakopanem można zobaczyć kwintesencję, tego co jest najgorsze w Polakach", już ja: słomy z butów, lansujące się młode cipy, starych dziwkarzy, pozbawionych jakiegokolwiek gustu ziomali z nizin, typowych potomków Jakuba S., od czasu do czasu dostrzec można oto prawdziwych turystów, pasjonatów gór. Do tej litanii należy dołożyć to, co oferują górale: kicz, jeszcze większy kicz i bezmiar kiczu, tego góralskiego i tego cyrkowego, okropne pozbawione wyboru jedzenie, zazwyczaj tłuste, kapuściane, szczycące się unijnym certyfikatem, dania z oszukanych oscypków (nie ma takiej opcji, żeby zimą kupić owcze), oszukanej kapusty, oszukanego mięsa.Ale za to Tatry - stoją nadal niewzruszone, choć w głębi duszy żal im minionych lat, kiedy były otoczone czcią, kiedy nikt nie ważył się iść do Kościeliska w szpilkach, albo japonkach. Może dlatego się buntują i zbierają coraz więcej ofiar swojej złości. Dookoła wiosna powoli się zakrada, przylatują ptaki, bazie i leszczyny kwitną w najlepsze, a tam zima, pełna zima, raptem sto kilometrów od domu i pełny śnieg. Droga z Morskiego Oka momentami oblodzona, samochód tańcuje jak chce, bo przecież letnie opony. W końcu zatrzymaliśmy się przy Wierch Porońcu i dalej pieszo szlakiem na Rusinową Polanę, w śniegu, w pełnym, ostrym słońcu, na polanę podziwiać piękno metafizyczne, piękno najpiękniejsze, które od samego Krakowa było widoczne jaskrawą kreską, bieluśkie, całe bieluśkie, magiczne, kamienne...
Po takich widokach wjazd do miasta jest jak uderzenie młotem, Krupówki - esencja nadmorskiego badziewia kipią od ludzi, nie wiadomo po co sunących góra-dół... pewnie na Głupiąłówkę, na owczego hamburgera, na herbatę z beznadziejną wódkę by zachwycać się potem prądem, jakby go w domu nie mieli. Kolorytu ostatnio dodają lekko zabarwieni na czerwono nawoływacze, koloru czerwone zupełnie nie od mrozu, a od nawoływania, niby konspiracyjnie, żeby nikt nie słyszał: śliwowica! Czyli jak się domyślam, handel tą diabelską wódką, której nawet nie chciał pić mój silny brat, kwitnie w najlepsze. Wieczór spędziliśmy w cudownym domu mojej ciotki, popijając herbatkę bez prądu, zajadając bigos i słodkości z najlepszej cukierni w mieście: Samantha... niektórzy doskonale ją pamiętają, więc jest i ma się dobrze.
środa, 29 lutego 2012
Tym razem muzycznie... i nie tylko
Całe to zamieszanie z poszukiwaniem mieszkania i pracą sprawiło zaniedbanie pisania. Osz ty. Oczywiście życie kulturalne kwitnie, wiosna zbliża się wielkimi krokami. Wczoraj sypał oszalały z rozpaczy śnieg, który kompletnie utrudnił mi jazdę samochodem na letnich oponach, do wymiany których byłem zmuszony po złapaniu kolejnego kapcia na coraz to nowych dziurach w asfalcie krakowskich ulic, a dzisiaj słoneczko, plus siedem, a może i więcej, cudne powietrze. Znowu można będzie łazić spokojnie, bez strachu o odmrożenie kończyn górnych, z aparatem po mieście i trzaskać spokojnie zdjęcia.
Odłożyłem opowieść o kolejnym spektaklu, na który wybrałem się jakiś czas temu. Wpadłem ponownie do Łaźni Nowej na Wejście smoka. Trailer z Błażejem i Janem Peszkami w rolach głównych. Kapitalny spektakl. Fakt, że trzeba trochę lubić walki wręcz, zachwycać się kontrolowaną agresją czy lubić japońskie, czy tam chińskie klimaty. Przypomnienie historii Bruce'a Lee i to w trochę krzywym zwierciadle mogło być ryzykowne, ale opłacało się bez dwóch zdań, to przepiękne, ekstrawaganckie i bardzo nowatorskie przedstawienie. Nie dziwię się, że wciąż ma tylu widzów.
Ale chciałem skupić się na innym performance. Wrócę do żydowskiego Krakowa. Jest taki zespół, krakowski, co ma nazwę jak miasto, tylko w obco brzmiącym języku jidysz - Kroke. Zdawać by się mogło, że Kroke to klezmerski band. W rzeczy samej tak, ale że są to muzycy pełną gębą i dyplomami, swoje poszukiwania rozszerzyli na teren rytmów bałkańskich, jazzu, folku z różnych krain świata. Jest to muzyka niezwykle emocjonalna, pełna pasji, perfekcji, żydowski klimat oczywiście jest najbardziej charakterystyczny, na szczęście nie jest on dominujący. Zespół gra ciekawe solówki, improwizuje w sposób kontrolowany i doskonale rozumie się. Wykorzystuje oprócz podstawowego składu instrumentarium (bass, altówka, i akordeon) także flety, tupanie, gwizdanie, klaskanie, krzyki, pukanie, stukanie. Mnie jednak kompletnie powala na nogi praca głosem, który jest kolejnym instrumentem, a nie frontmanem. Instrumentem wykorzystywanym w przedziwny sposób, do tego Tomasz Kukurba śpiewa wręcz genialnie, ma dużą skalę głosu, a przy tym wydaje dźwięki niewiarygodne. Tak to wczorajszy wieczór spędziłem w towarzystwie zespołu Kroke, siedząc na krzesełku przy samiuśkiej scenie w legendarnej Piwnicy pod Baranami, jak wiadomo, Piwnicy pełnej czarów i dybuków. I Krakóffka pełną gębą. Słyszy się czasami, że tu ludzie jacyś inni, jacyś zamknięci, dopuszczający do siebie tylko swoich, dobrze urodzonych. Byłem świadkiem przedstawiania sobie dwóch facetów przez napompowaną kobitkę, scedzającą całą młodość w Piwnicy, włącznie z pięknymi i bajecznymi sylwestrami. Zatem hucząca około 50-60 wiosen wrzeszczy: oj chodźcie tu panowie, poznajcie się: pan doktor, pan redaktor. Poza tym, że wszyscy to słyszeli, bo działo się to w kolejce do szatni na niektórych zadziałało to histerycznie, tzn. na mnie, śmiałem się do rozpuku, głośno komentując wydarzenie, bo nikt tam z obecnych, nie dowiedział się jak panowie mają na imię, zresztą sami byli lekko skonfundowani tą niefortunną prezentacją. Pokazuje to jednak coś wręcz odrażającego, przynajmniej dla mnie: sztuczne pozycjonowanie społeczne, kastowość, im ładniej można człowieka tytułować, tym samopoczucie otoczenia lepsze...? Gówno prawda...
Odłożyłem opowieść o kolejnym spektaklu, na który wybrałem się jakiś czas temu. Wpadłem ponownie do Łaźni Nowej na Wejście smoka. Trailer z Błażejem i Janem Peszkami w rolach głównych. Kapitalny spektakl. Fakt, że trzeba trochę lubić walki wręcz, zachwycać się kontrolowaną agresją czy lubić japońskie, czy tam chińskie klimaty. Przypomnienie historii Bruce'a Lee i to w trochę krzywym zwierciadle mogło być ryzykowne, ale opłacało się bez dwóch zdań, to przepiękne, ekstrawaganckie i bardzo nowatorskie przedstawienie. Nie dziwię się, że wciąż ma tylu widzów.
Ale chciałem skupić się na innym performance. Wrócę do żydowskiego Krakowa. Jest taki zespół, krakowski, co ma nazwę jak miasto, tylko w obco brzmiącym języku jidysz - Kroke. Zdawać by się mogło, że Kroke to klezmerski band. W rzeczy samej tak, ale że są to muzycy pełną gębą i dyplomami, swoje poszukiwania rozszerzyli na teren rytmów bałkańskich, jazzu, folku z różnych krain świata. Jest to muzyka niezwykle emocjonalna, pełna pasji, perfekcji, żydowski klimat oczywiście jest najbardziej charakterystyczny, na szczęście nie jest on dominujący. Zespół gra ciekawe solówki, improwizuje w sposób kontrolowany i doskonale rozumie się. Wykorzystuje oprócz podstawowego składu instrumentarium (bass, altówka, i akordeon) także flety, tupanie, gwizdanie, klaskanie, krzyki, pukanie, stukanie. Mnie jednak kompletnie powala na nogi praca głosem, który jest kolejnym instrumentem, a nie frontmanem. Instrumentem wykorzystywanym w przedziwny sposób, do tego Tomasz Kukurba śpiewa wręcz genialnie, ma dużą skalę głosu, a przy tym wydaje dźwięki niewiarygodne. Tak to wczorajszy wieczór spędziłem w towarzystwie zespołu Kroke, siedząc na krzesełku przy samiuśkiej scenie w legendarnej Piwnicy pod Baranami, jak wiadomo, Piwnicy pełnej czarów i dybuków. I Krakóffka pełną gębą. Słyszy się czasami, że tu ludzie jacyś inni, jacyś zamknięci, dopuszczający do siebie tylko swoich, dobrze urodzonych. Byłem świadkiem przedstawiania sobie dwóch facetów przez napompowaną kobitkę, scedzającą całą młodość w Piwnicy, włącznie z pięknymi i bajecznymi sylwestrami. Zatem hucząca około 50-60 wiosen wrzeszczy: oj chodźcie tu panowie, poznajcie się: pan doktor, pan redaktor. Poza tym, że wszyscy to słyszeli, bo działo się to w kolejce do szatni na niektórych zadziałało to histerycznie, tzn. na mnie, śmiałem się do rozpuku, głośno komentując wydarzenie, bo nikt tam z obecnych, nie dowiedział się jak panowie mają na imię, zresztą sami byli lekko skonfundowani tą niefortunną prezentacją. Pokazuje to jednak coś wręcz odrażającego, przynajmniej dla mnie: sztuczne pozycjonowanie społeczne, kastowość, im ładniej można człowieka tytułować, tym samopoczucie otoczenia lepsze...? Gówno prawda...
sobota, 18 lutego 2012
Dziwna Aleksandra...
To chyba najdziwniejsza rzecz jaką widziałem w Krakowie. Łaźnia Nowa funduje spektakle dosyć oryginalne, które głównie są koprodukcją, Aleksandra. Rzecz o Piłsudskim akurat robiona była w Wałbrzychu. W tym spektaklu wszystko było świetne... oprócz reżyserii i scenariusza. Przekombinowane to jak diabli, masę chwytów teatralnych, konwencji, pomysłów. Była i Trędowata i Miłość ci wszystko wybaczy, i męski balet, i klawesyn. Postmodernizm w pigułce.
Osobiści zaskoczyła i ujęła mnie scenografia: na środku sceny staw, pływają w nim nenufary, na brzegu stoi stylowa sofa, aktorki grają w pięknych sukniach z lat dwudziestych brodząc w wodzie, chlapiąc czasami widzów. Pod sufitem wisi, chyba zdechła, Kasztanka. Boskie. Moderna aż się patrzy.
Bohaterką tego dramatu jest druga żona Piłsudskiego, Aleksandra, działaczka rewolucyjna, społeczna i niepodległościowa. Także matka dwóch córek, po czasie zastąpiona kolejną kochanką Marszałka.
Trzy aktorki, trzy ego Aleksandry: matki, rewolucjonistki i zdradzonej żony grają cudownie, to jest największy atut tego spektaklu, jeżeli już na to iść, to tylko po to, żeby zobaczyć je grające w tej pięknej sadzawce. Panowie, którzy odgrywają chór na wzór antyczny, plotkując i poniżając Piłsudskich, też niczego sobie...
I to by było tyle. Przeczytałem gdzieś, że w tym tekście są smaczki komiczno-tragiczne..yyyy? Nie bardzo wiem o czym to było. Poważnie. Szukałem jakieś drugiego dna, myślałem sobie, że może za głupi jestem czy co? Ale potem zrozumiałem, że ta cała forma, scenografia, tricki i przeróżne konwencje zagłuszyły tekst, dlatego nie mogłem go ogarnąć i był dla mnie zwyczajnie nudny. Bo może on jest nudny. Nie czytałem żadnej książki Sylwii Chutnik, tyle że kojarzę ją z ruchami na rzecz kobiet. Może dlatego, że tak kobiecy, o kobietach, o ich roli w życiu rodziny i społeczeństwa. To trochę już wyświechtany temat, ile można klepać o kobiecie jako istocie wyjątkowej? Ja jednak odniosłem wrażenie, że ta cała Aleksandra wiecznie narzekała, nic jej nie grało, wieczny smutek i wieczne niezadowolenie. Jak gdyby nie mogła ogarnąć tego, że żyje w cieniu Wodza, że ma trochę inne zadania, że swoją potrzebę czynu musi zawiesić, choć w rzeczywistości nieteatralnej faktycznie się realizowała organizując zakład dla sierot. Może jej to nie wystarczyło, kobiecie, która nosiła pod sukienką granaty i dynamit.
Wydaje mi się, że jeżeli już przywołuje się jakąś postać historyczną na deski teatru i tworzy się opowieść, jakąś historię, rzeczywistość, która ma odnosić się współczesności, dyskutować z nią, to trzeba to zrobić tak, żeby to było zapierające dech, żeby historia, która ze swojej natury jest nudna jak flaki z olejem, ożyła jak jakimś feniksowym blaskiem, żeby była zrozumiała, a człowiek miał chęć zgłębiać ją w domu dalej, dopytywać, szukać... a tu nic.
Podsumowując:
- aktorsko fenomenalnie!, panie są kapitalne,
- dramat: dramat,
- reżyseria: spektakl nierówny (początek nudny okropnie), momentami przeideologizowany, gubi się wartość słowa pośród formalnych fajerwerków,
- scenografia: fantastyczna, wręcz dla mnie odkrywcza,
Czy warto iść? Oczywiście, moje spojrzenie to tylko moje spojrzenie. I tak kocham teatr i tak będę tam chodził. I nie tylko tam, o!
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu
Osobiści zaskoczyła i ujęła mnie scenografia: na środku sceny staw, pływają w nim nenufary, na brzegu stoi stylowa sofa, aktorki grają w pięknych sukniach z lat dwudziestych brodząc w wodzie, chlapiąc czasami widzów. Pod sufitem wisi, chyba zdechła, Kasztanka. Boskie. Moderna aż się patrzy.
Bohaterką tego dramatu jest druga żona Piłsudskiego, Aleksandra, działaczka rewolucyjna, społeczna i niepodległościowa. Także matka dwóch córek, po czasie zastąpiona kolejną kochanką Marszałka.
Trzy aktorki, trzy ego Aleksandry: matki, rewolucjonistki i zdradzonej żony grają cudownie, to jest największy atut tego spektaklu, jeżeli już na to iść, to tylko po to, żeby zobaczyć je grające w tej pięknej sadzawce. Panowie, którzy odgrywają chór na wzór antyczny, plotkując i poniżając Piłsudskich, też niczego sobie...
I to by było tyle. Przeczytałem gdzieś, że w tym tekście są smaczki komiczno-tragiczne..yyyy? Nie bardzo wiem o czym to było. Poważnie. Szukałem jakieś drugiego dna, myślałem sobie, że może za głupi jestem czy co? Ale potem zrozumiałem, że ta cała forma, scenografia, tricki i przeróżne konwencje zagłuszyły tekst, dlatego nie mogłem go ogarnąć i był dla mnie zwyczajnie nudny. Bo może on jest nudny. Nie czytałem żadnej książki Sylwii Chutnik, tyle że kojarzę ją z ruchami na rzecz kobiet. Może dlatego, że tak kobiecy, o kobietach, o ich roli w życiu rodziny i społeczeństwa. To trochę już wyświechtany temat, ile można klepać o kobiecie jako istocie wyjątkowej? Ja jednak odniosłem wrażenie, że ta cała Aleksandra wiecznie narzekała, nic jej nie grało, wieczny smutek i wieczne niezadowolenie. Jak gdyby nie mogła ogarnąć tego, że żyje w cieniu Wodza, że ma trochę inne zadania, że swoją potrzebę czynu musi zawiesić, choć w rzeczywistości nieteatralnej faktycznie się realizowała organizując zakład dla sierot. Może jej to nie wystarczyło, kobiecie, która nosiła pod sukienką granaty i dynamit.
Wydaje mi się, że jeżeli już przywołuje się jakąś postać historyczną na deski teatru i tworzy się opowieść, jakąś historię, rzeczywistość, która ma odnosić się współczesności, dyskutować z nią, to trzeba to zrobić tak, żeby to było zapierające dech, żeby historia, która ze swojej natury jest nudna jak flaki z olejem, ożyła jak jakimś feniksowym blaskiem, żeby była zrozumiała, a człowiek miał chęć zgłębiać ją w domu dalej, dopytywać, szukać... a tu nic.
Podsumowując:
- aktorsko fenomenalnie!, panie są kapitalne,
- dramat: dramat,
- reżyseria: spektakl nierówny (początek nudny okropnie), momentami przeideologizowany, gubi się wartość słowa pośród formalnych fajerwerków,
- scenografia: fantastyczna, wręcz dla mnie odkrywcza,
Czy warto iść? Oczywiście, moje spojrzenie to tylko moje spojrzenie. I tak kocham teatr i tak będę tam chodził. I nie tylko tam, o!
Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu
Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie
Sylwia Chutnik
Aleksandra. Rzecz o Piłsudskim
reżyseria i współpraca scenograficzna: Marcin Liber
scenografia i kostiumy: Grupa Mixer
obsada:
Aleksandra Piłsudska:
Aleksandra Rewolucja – Rozalia Mierzicka
Aleksandra Zdradzona – Mirosława Żak
Aleksandra Matka – Angelika Cegielska
jak? – Rafał Kosowski
i. – Ryszard Węgrzyn
a! – Piotr Tokarz
co? – Filip Perkowski
reżyseria i współpraca scenograficzna: Marcin Liber
scenografia i kostiumy: Grupa Mixer
obsada:
Aleksandra Piłsudska:
Aleksandra Rewolucja – Rozalia Mierzicka
Aleksandra Zdradzona – Mirosława Żak
Aleksandra Matka – Angelika Cegielska
jak? – Rafał Kosowski
i. – Ryszard Węgrzyn
a! – Piotr Tokarz
co? – Filip Perkowski
Subskrybuj:
Posty (Atom)




